...dwudziestego trzeciego dnia Bóg po tym, co robił przez szesnaście poprzednich (co nie ma większego znaczenia) przypomniał sobie o jednym ze swoich dzieł, którym próbował zapełnić swoją wewnętrzną pustkę. Pustka ta była ogromna, gdyż czym może się zajmować ktoś potężniejszy od wszystkiego dookoła i za to odpowiedzialny? Fatalne położenie- bez sensu, bez celu, bez nadzoru, z masą bezsensownych gówien na głowie. Dlatego też to, że Bóg coś gdzieś zostawił jawiło mu się jako pasjonująca perspektywa. Oko Opatrzności rzuciło okiem na tę śmieszną niebieską kulkę i...
...o kurwa.
Wszystko zgniło. Tak to jest dobierać wszystkie parametry, ukierunkowania i dyrektywy na oślep, w nadziei, że chaos się uporządkuje. Stało się na odwrót- twór z zabawnej, niepoukładanej masy zmienił się w groteskową, śmierdzącą grudę bez jakiegokolwiek ładu i składu. Bóg swoim Językiem Opatrzności przejechał po Afryce. Poczuł suchy suchy piasek, spermę i kał. Pomyślał sobie, że pewnie jego robaczki ustanowiły to miejsce jako swoiste śmietnisko, zbiornik na wszelkie odpady. Wszystko dużo bardziej świeciło się tak trochę po drugiej stronie i wyżej.
Nie wszystko złoto, co się świeci.
Sperma i kał sprawiały wrażenie bardziej soczystych, w rzeczy samej, jednak trudno mówić o czymś straszniejszym niż jakby wypalający kubki smakowe, jadowity smak karkołomnego połączenia atomów, gorzki smak polimerów, leków, eks-leków i wielu innych. Opatrzność od razu schowała Język.
O Nosie Opatrzności mowy nawet nie było, już z daleka Bóg czuł straszliwy fetor czegoś, co leży w jednym miejscu zdecydowanie za długo. Nie było sensu nawet się interesować, czy wszędzie śmierdzi tak samo. Pozostało tylko spojrzeć z daleka na to, jak to wygląda.
Rzucało się w oczy zmęczenie materiału. Wszystko się rozpadało, rozklejało lub też wpadło do jakiegoś płynu i się całkiem rozwodniło, tworząc obrzydliwą papkę. Gdyby tak dwadzieścia trzy dni temu ustawić wszystko na lepiej trzymające się reszty...
Najgorzej jednak było ze stworzeniami, które opanowały to miejsce. Ich organy kontrolujące resztę organizmu w wyniku jakiegoś dziwnego błędu rozwinęły się w sposób zupełnie absurdalny. Miliony istot snuły się po wielkich przestrzeniach w kółko bez pojęcia o tym, dlaczego to robią, bez żadnego w tym celu poza przypadkowym niszczeniem rzeczy i istot wokół, ślepo, bez żadnych sygnałów z otoczenia. Chodziły tak coraz bardziej wycieńczone, oszołomione, aż w końcu padały. Spora część z nich potrafiła uaktywnić pełnię swoich możliwości, jednak drzemiących gdzieś w tych chorych organach, wtedy i tylko wtedy, gdy napotkali istotę ze swojego gatunku, która włóczy się w podobny sposób jak oni, ale innym torem. Takie spotkanie na środku ósemki z dwóch kółek. Albo kogoś, kto idzie zupełnie nieregularnie, tudzież jego chory mózg sprawia, że widzi w jakimś miejscu „cel” (to akurat nawet Bogu wydało się na swój sposób zabawne). Wtedy mózgi wyłączały swoje chore części i zaczynały pracować na pełnych obrotach, by zniszczyć taką istotę.
Oczywiście, różne typy błędów doprowadzały do niewłaściwych rozpoznań i wielu przypadków siania pożogi nawet wśród tych, którzy nie mieli pojęcia, o co chodzi. Zdarzały się też wersje o w miarę „zdrowych” mózgach, które by ocalić siebie, były w stanie „odpalić” tłum i pokierować go w stronę przeciwną od siebie, zanim włączą się sami i zniszczą ten wybryk natury.
Oko Opatrzności prawie dostało zeza od prób ogarnięcia tego wszystkiego.
Kluczowy moment dwudziestego trzeciego dnia nastąpił, gdy Bóg już miał odchodzić i próbować zapomnieć o tym, co widział. Przypadkiem zauważył coś jeszcze bardziej odrażającego. Pomimo dziesiątek chorób i deformacji, te istoty dobrze pamiętały czasy pierwszych siedmiu dni i kilku następnych, kiedy, tak się zdaje, Bóg pracował nad fundamentami dla tego, czym stał się ten twór. Nie było wtedy źle, jednak istoty w swym ograniczeniu i chorobie najwidoczniej zapamiętały to inaczej. Bóg ujrzał, ile czasu poświęcają na wyszydzenie i oplucie jego i wszystkiego co zrobił. Zrobili mu pełno paskudnych wizerunków, na których wyglądał żałośnie według kategorii zarówno ludzkich, jak i boskich. Postawili wręcz niebotyczną ilość groteskowych kup gruzu o bezsensownych kształtach i nazwali je Domami Bożymi. Robili często głupie teatrzyki, w których udawali, że Bóg dla nich wiele znaczy i przez to najwidoczniej pokazywali, jak bardzo mają go w dupie. To już dla Boga było za dużo. Zamierzał obrócić całą kulę zgnilizny w nicość i zapomnieć że popełnił tak karygodny błąd, gdy zauważył coś jeszcze bardziej zaskakującego. Gdzieś pośrodku tego wszystkiego, w jednym z wielu większych skupisk gówna i syfu, znajdowała się wysoka wieżyczka. Na jej szczycie siedziała sobie istota ludzka jak wszystkie inne, ale jej mózgowi udało rozwinąć się prawidłowo, w wyniku jakby podwójnej mutacji tego, co było zmutowane. Istota ta zauważyła, że jest kaprysem Boga i że otacza ją syf i masa stworzeń bez umiejętności jakiegokolwiek kojarzenia. Nie pozostało jej nic innego, jak odizolować się z zapasem alkoholu i papierosów i wciąż upijać się, siarczyście spluwając na wszystko na dole, a na karykatury boskości nawet z flegmą.
To byłem ja.
Bogu przypomniał się patent, który już stosował jako ostateczne rozwiązanie, zresztą kiedy było o chyba trzy czwarte lepiej niż to. Kazał mi zbudować łódź, niekoniecznie dużą, ale solidną łódź. Nie było potrzeby martwić się o zwierzęta- większość osobnicy z (podobno) mojego gatunku zdążyli wybić lub zmodyfikować i pozbawić wartości, toteż za bardzo nie było co ocalać.
Długo dobierałem odpowiedni materiał, zwłaszcza że ciężko o jakiekolwiek drzewo żywiczne, jak i o smołę, a nie pójdę przecież do Croppa zrobić sobie Arkę z poliestru, plastiku i włókien z recyklingu. W końcu wybór padł na różnego typu akcesoria dla metali z rockmetalshopu. Pomimo ich koszmarnej brzydoty, rzucającej się w oczy nawet na takim tle, były jednymi z niewielu łatwo dostępnych, w miarę solidnie wykonanych rzeczy, i to z naturalnych materiałów. Ze skóry i metalu, rzecz jasna. Łódź z glanów, pasów z ćwiekami i pieszczoch spiętych rzemykami i łańcuchami do spodni brzmi jak prowizoryczne rozwiązanie, ale tak nie jest. Ja także użyłem tego wszystkiego by zapewnić sobie przynależność, w tym wypadku akurat do tych, którzy przeżyją. Gdy już przygotowałem odpowiednią ilość wszystkiego, czego będę potrzebował przez te... dużo dni, a także wszystko to, co uznałem za godne ocalenia (czyli pilnik do paznokci) i zamknąłem się wewnątrz łodzi. Przyszło mi wtedy do głowy zapytać, czy nie powinienem przypadkiem zabrać jeszcze kogoś ze sobą, mając oczywiście na myśli zaludnianie planety od nowa. Bóg jednak zasugerował mi, że nie ma takiej potrzeby i że to już nie moja mańka. Nie powiem, zdziwiło mnie to, jednak biorąc pod uwagę moje położenie, nie pozostawało mi nic innego, jak mu zaufać i siedzieć cicho w łodzi.
I nadszedł oczekiwany przez całe moje życie dzień.
Mówiło się, że Bóg ma poczucie humoru, czego oznaką jest to, że stworzył dziobaka, Ornithorhynchus anatinus. Za o wiele dobitniejszy dowód uważam jednak to, że Potop Wydanie Drugie Poprawione odbył się bez kropli deszczu. Otworzyły się inne źródła Wielkiej Otchłani. Otóż wszystkie telewizory na świecie zaczęły wyświetlać tę samą reklamę pasty do zębów. Wiecie, świeżość. Morze. I nagle zburzenie czwartej, szklanej ściany. Hektolitry wody wlewające się z panoramicznych albo mniej bogackich ekranów najpierw do mieszkań, potem na ulice, potem ponad dachy, potem dachów już nie było, bo potężne strumienie wody niszczyły bez litości wszystkie te kupy gówna zamieszkane przez żywe chore psychicznie trupy. Wielkie spuszczenie wody w kiblu. Jestem pewien, że na koniec Bóg zrobi gdzieś jakąś dziurkę do której to wszystko spłynie, woda i ruiny, i jeszcze powiesi kostkę toaletową.
Teraz dryfuję po Oceanie Światowym. Jest idealnie. Doświadczam przestrzeni, którą mało kto potrafiłby sobie wyobrazić pełzając w szczelinach pomiędzy podniszczonymi budynkami. Wiem też, że ci tam na dole są ostatecznie wyzwoleni od swoich głupich kłopotów, podziałów, obowiązków pod kilometrami kwadratowymi wody. Spróbuj przejmować się swoim chłopakiem, pedałami, religią, pieniędzmi, nietolerancją, subkulturą, rodziną, czymkolwiek gdy masz siedem oceanów na głowie, ciulu.
Pewnego dnia na środku pustki, nie wiadomo gdzie dokładnie, bo naprawdę nie widać dna, po raz pierwszy zobaczyłem odpowiedź na moją jedyną wątpliwość. Gdzieś tam w oddali, dryfowała sobie druga łódź. Nie była zrobiona tak samo jak moja. Za bardzo nie kojarzyłem dokładnie użytych materiałów i techniki, ale wyglądała także na całkiem porządną. Żadna prowizorka, ewidentnie przemyślana konstrukcja. Oznaczało to oczywiście, że jej konstruktor został zawczasu uprzedzony. Pomyślałem sobie, że w takim razie Bóg dogadał się jeszcze z nim i jest nas dwóch. I że na pewno jest bardzo piękna...
To samo przyszło mi do głowy w związku z drugą, także zupełnie inaczej skonstruowaną łodzią, wypatrzoną wiele dni później. Czwarta łódź była już jednoznacznym sygnałem, że jednak Bóg uważa, że sam nie powiększę (nad)gatunku kiedy to wszystko się skończy, bo kiedyś musi. Potem przestałem już liczyć, ale na pewno nie jest nas za dużo i na pewno one są bardzo piękne. Tak jak my. Gdyby istniał jeszcze Internet, naprawdę w takim wypadku napisałbym gdzieś, że lubię poznawać nowych ludzi.
A czy z Tobą się jeszcze zobaczę, jak Bóg spuści kibel? Czy może raczej tam na dole też jest ciekawie?
27 listopad 2011
08 wrzesień 2011
Grzybów kadry
(ponieważ dzisiaj publikuję mój autorski utwór, po raz pierwszy odstąpiłem od chujowej tradycji tytułowania notek cytatami z różnych kawałków)
Znawcy różne skąd który dlatego
Amatorzy pewni że zabójcę trudu widoczny jest temat ładnie
Sromotnikowego a zwłaszcza dlaczego?
Muchomora właśnie duży takiego jadalny
Bez rozpoznać na wygląda widzenia jest siebie
Wiesz większości jego biorą punkty że śmiertelnych
Nim a jest trujący
Weźmy go za człowiek
Grzyb nieraz grzyb nie?
Mają ludzie grzybów kadry
Daleka zbyt i w a wie
Wyjebać ci pierdolony cwelu?
Znawcy różne skąd który dlatego
Amatorzy pewni że zabójcę trudu widoczny jest temat ładnie
Sromotnikowego a zwłaszcza dlaczego?
Muchomora właśnie duży takiego jadalny
Bez rozpoznać na wygląda widzenia jest siebie
Wiesz większości jego biorą punkty że śmiertelnych
Nim a jest trujący
Weźmy go za człowiek
Grzyb nieraz grzyb nie?
Mają ludzie grzybów kadry
Daleka zbyt i w a wie
Wyjebać ci pierdolony cwelu?
18 kwiecień 2011
The Internal
Transcendencja, kochani. Ażeby ją osiągnąć należy wziąć te kilka prostych narzędzi, jakie każdy z nas gdzieśtam ma, a następnie z ich pomocą rozczłonkować i zbadać tak wiele rzeczy, ile zdołasz przed zamianą w zimną, gnijącą masę do której dążymy. Młotek, śrubokręt, piła- coś takiego, prawda. Ja, jako że jestem rozsądny, najpierw dokonałem szybkiego przeglądu narzędzi- nie było to wyzwaniem gdyż młotek nie należy do skomplikowanych konstrukcji, najwyżej tam przeczyścić ostrze nożyka do tapet trzeba było. Wówczas z czystym sumieniem przeszedłem do części właściwej. Rzecz jasna, nie wskoczyłem od razu na głębokie wody. Nie miałem zbyt wielkich oczekiwań co do wszystkich efektów moich badań- przepołowienie kulki z plasteliny nie było dążeniem do odkrycia jakiejś wielkiej tajemnicy, jednakowoż dowiedzenie się że w środku kulki z plasteliny jest plastelina to coś o wiele lepszego niż ignoranckie przekonanie o istnieniu wyłącznie plasteliny. Młynek do kawy i jego mechanizm działania również nie oświecił mnie na niebagatelną skalę poza tym, że pokazał mi, że to co robię jest naprawdę spoko. Zacząłem więc w chaotyczny sposób brać na warsztat kolejne elementy- kilka razy się nieźle zdziwiłem widząc rozmaite niespodzianki ukryte w pudełkach, garnkach, maszynkach do mięsa. Niektóre rzeczy uznałem za godne zmodyfikowania tudzież wypierdolenia, gdy dotarłem do ich esencji. Słowem, doskonale się bawiłem z poczuciem nieustannego zbliżania się do celu.
W pewnym momencie ciąć, rozkręcać i rozłupywać rzeczy zacząłem wręcz machinalnie. Doszło do tego, że dopiero po rozebraniu danego przedmiotu orientowałem się, czym dokładnie jest i do czego służy (wcześniej miałem to w dupie). Pewnego razu zabrałem się za kolejną rzecz która akurat leżała pod ręką. Z takim samym jak zwykle entuzjazmem dobrałem się do niej z piłą, nożykiem i dłutem. Niespodziewanie poczułem ogromny, przeszywający ból. No nie zgadniecie, co się stało.
Właśnie otwarłem sobie swoje własne kolano.
Nosz kurwa.
W gruncie rzeczy sam fakt okaleczenia się w ten sposób nie był najgorszy. Nabrałem niekiepskiej wprawy w rozkładaniu i składaniu rzeczy dokładnie tak, jak moim zdaniem powinny być, toteż opatrzenie rany nie było problemem nie do przeskoczenia. Problemem było to, co zobaczyłem poza wnętrzem swojego kolana.
W moim kolanie okazał się żyć pasożyt. Wielka, włochata glista. Nie zdawałem sobie sprawy z jej istnienia, nie skarżyłem się na żadne bóle, ale gdy moje oczy ujrzały jej odrażający odwłok, poczułem dokładnie, jak mnie pożera. Stworzenie, którego metabolizm był na tyle szybki, że czułem tkankami mojego kolana jego ząbki, soki trawienne a nawet coś pokroju przełyku. Wydalanie było tak szybkie, że ów robak był praktycznie nawleczony na fragment mojego kolana. Pomimo gigantycznego bólu spowodowanego w większym stopniu nie faktem otworzenia sobie kolana, a bycia wpierdalanym przez pasożyta, udało mi się dokonać rzeczowej analizy sytuacji.
Rozsądek, racjonalizm niezbędny przy moich badaniach nakazywał mi wziąć nożyk do tapet i wyciąć czym prędzej pasożyta... ale ze sporą częścią kolana włącznie. A w ten sposób kiepsko mi się by chodziło, co stanowi poważne utrudnienie w dalszych badaniach. No i, cholera jasna, to jest moje kolano do chuja.
Dlatego też zdecydowałem się na krok w tył. Stchórzyłem, poddałem się, nastawiłem drugi policzek, cokolwiek. Szybko zaszyłem ranę i odczekałem jakiś czas, aż się zabliźni i poszedłem dalej. Oczywiście, to nie było jak wczytanie poprzedniego zapisu gry. Wszystko się zmieniło. Cały czas czuję jak toto mnie wdupia. Musiałem też zmierzyć się z pokusą szukania protezy, być może schowanej w, dajmy na to, automacie z colą czy czymś takim. To by tylko jeszcze bardziej zepsuło mi humor. Oczywiście, warto brać pod uwagę możliwość znalezienia takowej protezy, jednak szukanie jej samo w sobie nie ma sensu. Muszę się jednak pochwalić, że oparłem się pokusie i moje badania, chociaż utrudnione przez ból w kolanie, przebiegały w praktycznie niezmieniony sposób. Sądzę, że prędzej czy później znajdę protezę kolana albo przynajmniej części do jej zbudowania. Niewykluczone, że okaże się doskonalsza niż zwykły staw, z którym się urodziłem, że będę mógł podczas swoich badań wyskakiwać na wysokość pięć metrów i biegać z prędkością stu dwudziestu ośmiu kilometrów na godzinę. Jedynym problemem w zasadzie jest zdążenie z tym, zanim robal skonsumuje moje kolano całkowicie i nigdzie sobie nie pójdę. Cóż, wliczyłem to w ryzyko całego przedsięwzięcia, nic innego nie mogę zrobić. Robak jest gdzie jest i nie sprawię, by odszedł w niebyt zastępując siebie sprawną tkanką budującą moje kolano.
To była bolesna lekcja. Rozumiem teraz lepiej tych, którzy być może kiedyś coś takiego znaleźli i dlatego popierdolili badania, by skupić się raczej na zignorowaniu tego, co tam było. Cóż, szkoda, że nie każdy ma dostatecznie silny charakter. Nadal jednak liczę, że każdy kretyn którego narzędzia leżą gdzieś jebnięte w kąt i nigdy nie ruszone, albo ruszone w celu zbadania kartki papieru przykładowo, co poskutkowało tym, że delikwent sam siebie uznał za wybitnego badacza ma w sobie całą kolonię takich robali i wpierdolą go one zanim zda sobie sprawę ze swojego błędu. Albo nie, zaraz po, by umierał ze świadomością, że na własne życzenie doprowadził do tego, że jest za późno.
Wygląda na to, że robak ma sporą wartość merytoryczną jednakowoż. Szkoda, że to akurat kolano.
W pewnym momencie ciąć, rozkręcać i rozłupywać rzeczy zacząłem wręcz machinalnie. Doszło do tego, że dopiero po rozebraniu danego przedmiotu orientowałem się, czym dokładnie jest i do czego służy (wcześniej miałem to w dupie). Pewnego razu zabrałem się za kolejną rzecz która akurat leżała pod ręką. Z takim samym jak zwykle entuzjazmem dobrałem się do niej z piłą, nożykiem i dłutem. Niespodziewanie poczułem ogromny, przeszywający ból. No nie zgadniecie, co się stało.
Właśnie otwarłem sobie swoje własne kolano.
Nosz kurwa.
W gruncie rzeczy sam fakt okaleczenia się w ten sposób nie był najgorszy. Nabrałem niekiepskiej wprawy w rozkładaniu i składaniu rzeczy dokładnie tak, jak moim zdaniem powinny być, toteż opatrzenie rany nie było problemem nie do przeskoczenia. Problemem było to, co zobaczyłem poza wnętrzem swojego kolana.
W moim kolanie okazał się żyć pasożyt. Wielka, włochata glista. Nie zdawałem sobie sprawy z jej istnienia, nie skarżyłem się na żadne bóle, ale gdy moje oczy ujrzały jej odrażający odwłok, poczułem dokładnie, jak mnie pożera. Stworzenie, którego metabolizm był na tyle szybki, że czułem tkankami mojego kolana jego ząbki, soki trawienne a nawet coś pokroju przełyku. Wydalanie było tak szybkie, że ów robak był praktycznie nawleczony na fragment mojego kolana. Pomimo gigantycznego bólu spowodowanego w większym stopniu nie faktem otworzenia sobie kolana, a bycia wpierdalanym przez pasożyta, udało mi się dokonać rzeczowej analizy sytuacji.
Rozsądek, racjonalizm niezbędny przy moich badaniach nakazywał mi wziąć nożyk do tapet i wyciąć czym prędzej pasożyta... ale ze sporą częścią kolana włącznie. A w ten sposób kiepsko mi się by chodziło, co stanowi poważne utrudnienie w dalszych badaniach. No i, cholera jasna, to jest moje kolano do chuja.
Dlatego też zdecydowałem się na krok w tył. Stchórzyłem, poddałem się, nastawiłem drugi policzek, cokolwiek. Szybko zaszyłem ranę i odczekałem jakiś czas, aż się zabliźni i poszedłem dalej. Oczywiście, to nie było jak wczytanie poprzedniego zapisu gry. Wszystko się zmieniło. Cały czas czuję jak toto mnie wdupia. Musiałem też zmierzyć się z pokusą szukania protezy, być może schowanej w, dajmy na to, automacie z colą czy czymś takim. To by tylko jeszcze bardziej zepsuło mi humor. Oczywiście, warto brać pod uwagę możliwość znalezienia takowej protezy, jednak szukanie jej samo w sobie nie ma sensu. Muszę się jednak pochwalić, że oparłem się pokusie i moje badania, chociaż utrudnione przez ból w kolanie, przebiegały w praktycznie niezmieniony sposób. Sądzę, że prędzej czy później znajdę protezę kolana albo przynajmniej części do jej zbudowania. Niewykluczone, że okaże się doskonalsza niż zwykły staw, z którym się urodziłem, że będę mógł podczas swoich badań wyskakiwać na wysokość pięć metrów i biegać z prędkością stu dwudziestu ośmiu kilometrów na godzinę. Jedynym problemem w zasadzie jest zdążenie z tym, zanim robal skonsumuje moje kolano całkowicie i nigdzie sobie nie pójdę. Cóż, wliczyłem to w ryzyko całego przedsięwzięcia, nic innego nie mogę zrobić. Robak jest gdzie jest i nie sprawię, by odszedł w niebyt zastępując siebie sprawną tkanką budującą moje kolano.
To była bolesna lekcja. Rozumiem teraz lepiej tych, którzy być może kiedyś coś takiego znaleźli i dlatego popierdolili badania, by skupić się raczej na zignorowaniu tego, co tam było. Cóż, szkoda, że nie każdy ma dostatecznie silny charakter. Nadal jednak liczę, że każdy kretyn którego narzędzia leżą gdzieś jebnięte w kąt i nigdy nie ruszone, albo ruszone w celu zbadania kartki papieru przykładowo, co poskutkowało tym, że delikwent sam siebie uznał za wybitnego badacza ma w sobie całą kolonię takich robali i wpierdolą go one zanim zda sobie sprawę ze swojego błędu. Albo nie, zaraz po, by umierał ze świadomością, że na własne życzenie doprowadził do tego, że jest za późno.
Wygląda na to, że robak ma sporą wartość merytoryczną jednakowoż. Szkoda, że to akurat kolano.
Etykiety:
filozofia
Subskrybuj:
Posty (Atom)