22 kwietnia 2013

Paluszki w szklance

Ból zębów
Rośnie
Takie po bokach
Od paznokci w szczelinach
No po co obgryzasz
I też niżej
Gówno w dupie
Od wódki w płaszczu
Aż do gardła dochodzi poziom
Stan zagrożenia bojaźni
Bo pęcznieje mi tam
Adrenalina?
Nie, to stolec
Nie możesz tego dotknąć
Bo nie będziesz nigdy ruchał
Jak Newton
Będą cię chciały tylko te grube
Co myślą że starczą cycki
I to że jesteś taki
Z tymi zębami
Na wierzchu
Że będziesz wtedy chciał
Zjebany adoratorze
Z którego inni patrzą
I się śmieją na niego
A ty nie możesz nic zrobić
Żeby nie widzieli
Jak stoisz sztywno
Bo jesteś wyższy
I robisz uśmiech
Taki niby że miły
Ale to raczej śmieszne
Bo jesteś debil głową
Że musisz przy wszystkich
Zamiast to normalnie

15 kwietnia 2013

Uwstecznienie

Czuję się tak, że powinienem coś o tym
Ale nie
Nie chce mi się
Więc na pewno będę nikim
Ktoś wielki miałby teraz naturalną potrzebę
A jak ja teraz coś
To to będzie na siłę
Żeby być kimś
Kimkolwiek wielkim
A nie z naturalnej
Potrzeby
Więc teraz już na pewno
Nie
Nawet jak coś będę chciał

Więc jednak nie jestem nikim
Jestem
Coraz
Mniej polski
Mniej wioski
Mam wnioski
Albo zalążki
Jak podarte książki
Jestem generał Dąbrowski
Dla pulsującej chrząstki

04 kwietnia 2013

Stanął

Będę miał powstanie
Ale nadaremno
Tylko powierzchnią
Rano
Żeby na początek dnia
Krew udowodniła mi
Że dalej płynie

Nie będę miał zmazów
To nie mój poziom
Bo Morfeusz jest alfonsem Wenus
A mnie nie stać
I korzystam z ekonomicznych rozwiązań
Krew jest za droga
Nawet od psa
Płynie z trudem
Łatwo się męczy

Kto ma zmazy na poziomie?
Tacy z krwią szybkich zwierząt
Jak na przykład chomik
I powstaniami według rozpiski
Obejmującej też zgięte łokcie
A i tak jednak tracą
Gdy Morfeusz odbiera zapłatę
Za Wenus która się wprosiła
I nie powiedziała że jest kurwą
Tak to jest mieszkać w takiej dzielnicy
Ale nie ma nigdzie
Żadnej innej

03 kwietnia 2013

Sekunda bycia strusiem

Zadżumione
Z syfem
Trzewia trzeba tak jak drzewa
Czasem zwilżyć
Trunkiem z jałowca
Żebym nie był jałowy
Tylko miał skrzydła
Na tyle ile obracanie się
Bo pole widzenia

Ja pierdole
Że też potrafię tak szybko
Lepiej chodzić niż stać
Żeby utrzymać napięcie linki
W moim mostku
Nad rzekami
W mało orzeźwiających kolorach
Tak jak w promocji
Mania promocji
Opakowanie rozerwane
Etykieta się odkleja
A mnie i tak szarpią
Rzucają do wózka
Się cieszą że tylko tyle
Przeliczają moją wagę
Żeby wiedzieć po ile to
Mądrzej byłoby na litry
Bo od tego raczej zależy
Wartość
Jak lód w buzi

Ale i tak nawet ze skrzydłami
I w postaci płynnej wokół trzewi
Zawsze jest buforowanie
W kolejce
Pomiędzy produktami
I ofertami
Kręci mi się to kółko
Na czole jedyne ruchome
I od tego ruchomego są dylematy
Czy piłkarze powinni się ruchać podczas rozgrywek?
Jaki był pierwszy raz Hugh Hefnera?
Jaki jest ostatni raz
Kiedy miałem skrzydła
Które mi nie zachodziły na oczy
Tak, że myliłem promocje
Ja pierdole
Moje pieniądze mi się palą
Od wody ognistej
Jak w wielkiej popielniczce
W której pali się tysiąc filtrów
I dołożenie tysiąc pierwszego
Także go spopieli
Kiepski z tego nawóz

Ja do stosu pieniędzy
Chciałem dorzucić igły
„Jak wystaje
To urwij”
I urwałem
I zostaje w środku
A i tak się nie pali
Więc bezużytecznie jak przyprawy
Jak ich jest za mało
Albo plastikowe butelki
Opróżnione
Nie w trzewiach
Ale w promocji
Trafiają do miejsca
Gdzie krzyżują się wszystkie prądy
Płynne już nie bo butelki
Plastikowe ale też szklane
Jak szyjka jest wysoko
Ani ich nie rozbiłem
Chociaż robię to rzadko
I zalegają
W trzewiach
Rodzi się przez to syf
Trzeba wyczyścić
I potem zwilżyć

26 marca 2013

Łabędzie

To nie jest hałas
Tylko muzyka
Ale bardzo głośna