23 września 2012

Żeby nie zapomnieć przypadkiem

Światło zapala i gasi lampki
Które personalnie oświetlają
Moje bezużyteczne włosy
Żeby je było widać
Żeby ich nie zapomnieć przypadkiem
Bo przypadek jest do światła
Żeby te lampki zapaliło
I one mogą tak płonąć
Żeby ich nie zapomnieć przypadkiem
Bo pamiętasz zawsze że coś płonie
Głównie dlatego że ogrzewa
Tylko dlatego funkcjonuje organizm
Bo krew jest płynna tylko gdy jest ciepła
Żeby jej nie zapomnieć przypadkiem
Jak wyschnie to może tak leżeć
Ale pamiętasz zawsze że coś płynie
Przecieka przez lepiące się palce
I to się lepi nawet jak już przestanie płynąć
Żeby tego nie zapomnieć przypadkiem
Przypadku nie można używać
Chyba że zgodnie z przeznaczeniem
Chociaż by się nadawał do wielu rzeczy
Na przykład, nie wiem, do oczu
Żeby prawe nie było takie czerwone
I jak masz lewe niebieskie genetycznie
To jakby oznaczenia na kranie
Że zimna i ciepła leci woda
Bo jakby obydwa te takie były srebrne
To wiesz, by trzeba było pamiętać że lewe i prawe
Te kropki czerwone i niebieskie są po to
Żeby nie zapomnieć przypadkiem
Przypadek też jest dobry do pustych skorup
Że nim coś bierzesz i je wypełniasz
Żeby się mogły świecić albo tak po prostu
Łatwo tak wziąć nagle i napełnić
I dlatego o tym przeznaczeniu trzeba uważać
Żeby o nim nie zapomnieć przypadkiem
Bo od przypadku może być najpierw ładnie
A potem przeciekać albo tłuszcz zostawić
I się kurz lepi i nie będzie lśnić ani trochę
A skorupa taka powinna przynajmniej lśnić
Żeby o niej nie zapomnieć przypadkiem

Ciężko ogólnie z tym przypadkiem
Bo się przydaje ale nie można
Znaczy się że niby można ale głupio tak
Bo potem może coś później wyniknąć
Co na początku nie zdajesz sobie sprawy
A potem komplikacje różne bo niezgodnie z przeznaczeniem
I dlatego o tym przeznaczeniu trzeba uważać
Żeby o nim nie zapomnieć przypadkiem
Bo to łatwo.

31 lipca 2012

Wszystko co przyszło mi do głowy, gdy ostatnio nie spałem w nocy

(odechciało mi się szukać fragmentów lyricsów bo to głupie)

 
  1. Światło jest trucizną dla gwiazd
  2. Włosy tak długie, że gdy trzymasz je w palcach wydaje ci się, że je wyrwałeś
  3. Słyszeć swoje myśli czyimś głosem
  4. Mała budka ze świecącym znakiem parkingu u stóp wielometrowej, metalowej konstrukcji
  5. Czekanie aż zagotuje się woda powoduje natłok myśli- ciągle trzeba być zajętym
  6. Wyższy poziom komunikacji
  7. Jeżeli puścisz piosenkę rockową w pustym mieszkaniu, w nim całym będzie słychać tylko perkusję
  8. Co noc jakiś wariat przenosi śmietnik pod publiczny komputer z dostępem do Sieci, wmurowany w ścianę, siada na tym śmietniku i coś ogląda
  9. Intruz w zbyt dużym pomieszczeniu
  10. Ludzkość rozmnaża się całkowicie niepotrzebnie
  11. Grzebień wydaje różne dźwięki w zależności od typu krawędzi
  12. Poranek jest bezlitosny dla skurwieli
  13. Zostać w niewygodnej pozycji bo się nie wie, co dalej zrobić
  14. A heaping mouthful of rebuke
  15. Najbardziej gorąco mi w stopy
  16. Rzuciłem kostką lodu w samochód zaparkowany pod oknem

08 czerwca 2012

Dreams Less Sweet 2

    Poszedłem z matką do lumpeksu. Można wiele mówić o pociągającej nieprzewidywalności sklepów z odzieżą używaną, a nawet o pewnej tajemniczości, ale to przychodzi później. Fundament stanowi czynnik ekonomiczny. Odbieranie odzieży wartości czysto użytkowej na rzecz niemalże kolekcjonerskiej pociąga za sobą potrzebę posiadania znacznie większej ilości ubrań niż przy funkcji wyłącznie ochronnej. Wiele innych czynników, w poszukiwaniu których należałoby sięgnąć nawet do lat szkolnych moich rodziców sprawia, że chcąc mieć dużo ubrań, mogę kupować je tylko i wyłącznie w tych miejscach z chaotycznie porozwieszanymi rzeczami, pozbawionych zwykle wystroju, cuchnących środkiem do dezynfekcji i biednymi ludźmi. Mimo to przeważnie nie narzekam- z odpowiednim podejściem można to naprawdę polubić.
    Ten sklep był sprawdzony- wielki ceglany magazyn przy bardzo długiej drodze donikąd, z dachem krytym blachą, niczym fabryka lub zajezdnia tramwajowa. Zapewne kiedyś wytwarzano tam coś, na co mógł się wyrzygać każdy porządny obywatel w sobotnią noc, teraz na rzędach wieszaków chińskie ubrania dla biedoty mieszają się z luksusowymi, fabrycznie nowe produkty sieci ubrań (nikt nie wie, jak się tam dostają) z czyimiś ulubionymi ciuchami noszonymi przez lata aż wyglądają jak gówno i, co najbardziej irytujące, ubrania damskie z męskimi. I chodzi o to, by wejść tam i dać się zaskoczyć. Nic tak szybko nie generuje potrzeb- nigdy bym nie powiedział, że potrzebuję kremowej sportowej kurtki z jedwabiu sygnowanej marką papierosów Camel, dopóki jedna z nich (jedyna?) nie zaskoczyła mnie podczas którejś z wizyt takich jak ta na wieszaku.
    Zaskoczenie nastąpiło i tym razem, jednak nie do końca o to chodziło. Ktoś wyburzył dwie podłogi w budynku, przez co nie był on już dwupiętrowy. Zamienił się w wielką halę, hybrydę katedry z fabryką z XIX wieku o szarych ścianach. Wrażenie pustki potęgowała mała ilość wieszaków z ubraniami- w jednym rogu hali było ich może trzy, poza tym nic. W kilku tylko miejscach leżały dziwne, poskręcane kupy zardzewiałego metalu. Ich kształt nie wskazywał w żaden sposób na ich przeznaczenie w przeszłości. Całe miejsce było bardzo nieprzyjemne i niepokojące. Niezręcznie byłoby jednak po prostu wyjść, zdecydowałem się więc mimo wszystko podejść do któregoś z tych wieszaków i po prostu zacząć oglądać ubrania. Wszystkie z nich były czarne lub ciemnoszare, powycierane, dziurawe, niektóre chyba już gnijące. Nie nadawały się do niczego. Zmarnowany czas.
    Zauważyłem jednak w przeciwległym rogu hali drzwi, to znaczy otwór o kształcie drzwi. Być może prowadził on do miejsca z większą ilością ubrań. Lumpeksy często są nielogiczne, często panuje bałagan związany z remontem, wymianą towaru czy tym, że po prostu nie opłaca się nikomu jakoś sensowniej tego układać. Zdecydowałem się tam pójść. Otwór prowadził do krótkiego korytarza. Jego ściany, podłoga i sufit były czarne niczym węgiel, a ich struktura była chropowata, tak, jakby wykuto je w kamieniu. Po drugiej stronie korytarza znajdował się drugi drzwiootwór. Po wejściu w niego znalazłem się w wielkiej, kwadratowej wieży. Wszystko tam także było czarne i chropowate. Zaskoczony spojrzałem w górę. Sufit był strasznie wysoko, ledwo było go widać. Wieża musiała mieć chyba z kilometr wysokości. Przytłoczyło mnie to i przeraziło do głębi. Straciłem resztki zimnej krwi i poczułem, że muszę jak najszybciej stąd uciec. Skierowałem się znowu w stronę drzwiootworu. Okazało się, że teraz zamiast korytarzyka znajduje się za nim wiszący most o mniej więcej takiej długości. Był to most z gatunku tych filmowych, skrzypiący, dziurawy, zniszczony i rozpięty nad wielką otchłanią. Po drugiej stronie stała moja matka, krzyczała. Przebiegłem przez most, który okazał się być stabilniejszy niż na to wyglądał. Znalazłem się znowu w hali. Miała tam miejsce dyskoteka. Kiczowate kółka w kilku kolorach kręcące się po podłodze, pochodzące z reflektorów pamiętających lata 90. Kilkanaście tańczących osób pośrodku hali, wszyscy bardzo ubogo ubrani, zniszczeni, bladzi, smutni. Czułem się coraz gorzej. Zapragnąłem znaleźć się w znanym mi dobrze lumpeksie w zupełnie innej części miasta- jest on mały, bardzo tani i z niego pochodzi między innymi kremowa, jedwabna kurtka. Powiedziałem o tym matce.
-No ale już jest dwudziesta, chyba nie zdążymy.
Rzeczywiście. Za małymi okienkami hali było widać czarne, bezgwiezdne niebo. Zanim poszedłem do wieży, było jeszcze jasno.
-No tak, tamten był otwarty do siedemnastej, pamiętam!
Nie można było już zrobić nic. Wtedy straciłem kontrolę. Poczułem, że zaczynam biec jak szalony. W sekundę wyleciałem z przerażającej hali, prosto w mrok nocy. Żółty, dobrze oświetlony autobus wyglądał nowocześnie i zapraszająco. Chyba do niego wsiadłem.
    Odzyskałem siebie w momencie, w którym wchodziłem do klasy w jakiejś szkole. Możliwe, że było to moje gimnazjum, ale to równie dobrze mogła być kwestia zbliżonej (anty)estetyki wnętrza, w którym się znajdowałem. W klasie zastałem losowo rozmieszczone kilka osób, które znałem co najwyżej z widzenia albo w ogóle. Generalnie zdawało mi się, że widziałem je wcześniej, ale nie byłem z nimi powiązany w żaden sposób. Spojrzałem w pustą, otoczoną brzydkimi lokami i bladą twarz. Oczy za okularami w drucianych oprawkach tępo wpatrywały się we mnie. Tak jak większości ludzi, przeważnie robi mi różnicę czy ktoś się na mnie gapi czy nie, jednak coś tak rozmytego i pozbawionego esencji jawiło mi się jako martwe i nie wywierało na mnie żadnego wrażenia. Skierowałem więc swój wzrok na ścianę naprzeciw drzwi. Jak w większości klas, było tam typowe, toporne szkolne biurko.
    Siedziała przy nim dziewczyna, którą znałem. Śliczna, o bardzo seksownym ciele, z długimi czarnymi lub ciemnobrązowymi włosami i równoległą do podłoża grzywką, która świetnie komponowała się z bardzo czarnymi oczami. Podszedłem do niej. Otworzyła szufladę biurka i zaczęła dziwnie bełkotać o czymś, co miało znajdować się w szufladzie. Z jej opisu nic nie wynikało. Zajrzałem do środka. Było tam dużo papierów, artykułów piśmienniczych i długa, ciemnozielona linijka. Innymi słowy, absolutnie nic niezwykłego. Zapytałem więc moją ładną znajomą:
-Na czym jesteś?
-Me..fe...dron.
Trochę mi nie pasowało, żeby pod wpływem stymulantu występowały zwidy, ale na jej poziomie dojrzałości pewnie i upalona krzyczałaby, że ma haluny. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego fenomenu, niemniej obracając się w pewnych kręgach przywykłem do niego tak jak do swojej niedowagi czy architektury mojego miasta. Moją reakcję na ten kretynizm stanowił więc tylko przyjazny uśmiech „cieszę się, że cię widzę”. Został on odwzajemniony. Nachyliła się nade mną i pocałowała mnie. Odwróciłem się do grupy zjebów gapiących się w to widowisko. Poprosiłem ich, aby wyszli. Zrobili to posłusznie. Kiedy właścicielka tępej twarzy otoczonej lokami wstała ze swojego krzesła, wlepiła we mnie ponownie swoje bezmyślne spojrzenie. Tym razem jednak odnalazłem w nim także swego rodzaju wyrzut. Kompletnie mnie to nie obchodziło.
    Usiadłem przy biurku, na krześle, na którym przed chwilą siedziała ona. Ona z kolei usiadła na krawędzi łóżka, które pojawiło się na miejsce kilku ławek. Zupełnie mnie to nie zdziwiło, wydawało mi się ono mimo wszystko na miejscu- moja śliczna znajoma stała się punktem odniesienia, nie obskurna klasa z lamperią do połowy ściany. Wyciągnęła swoją długą nogę w białych kabaretkach i zaczęła pocierać trochę dużą, ale proporcjonalną do wzrostu stopą o moje krocze w spodniach. Przez moment rozmyślałem o słowie „zajebiste”. Kiedy miałem już pełny wzwód, szybko osiągnięty tą metodą, wstałem i rozpiąłem spodnie. Uklękła i z uśmiechem wzięła członka do ust. Kiedy spojrzałem na to z góry, pomyślałem sobie, że jest to w jakiś sposób poza harmonią, że coś nie pasuje. Chyba chodzi o za mały penis, ale szybko przestałem się nad tym zastanawiać, bo poczułem prawdziwą rozkosz. Po chwili zacząłem się zastanawiać nad nazwiskiem mojej partnerki. Dopiero kiedy wyobraziłem sobie brzeg morza o zachodzie słońca, z wulkanem w tle, oglądany z drewnianego pomostu, spośród kilku znanych mi kombinacji jej imienia z różnymi nazwiskami, wybrałem tą właściwą.

25 kwietnia 2012

Dreams Less Sweet

KRĄG I
    Kolosalna twierdza, złożona wyłącznie z graniastosłupów. Nieregularna kompozycja kątów prostych i ostrych, pnąca się aż do nieba, skrywająca w swoim wnętrzu coś, co roztacza nawet przez grube, brązowe ściany z czegoś, co jest równocześnie kamienne i syntetyczne przez swoją gładkość aurę zła i nieprzystępności. Pomimo pomarańczowego słońca prażącego ściany budowli, jest wiele ocienionych miejsc, które biją chłodem od kamienia. W takich miejscach jak to, natura leży nieprzytomna z wybitymi zębami.
    Niezdobywalność tej konstrukcji jest sugerowana już przez jej demoniczną architekturę. Tak wielka, wydrążona kupa nieznanego nam kamienia wymaga jednak pewnych prac konserwacyjnych (nieważne i nikt nie wie, na czym polegają) i wentylacji. Po zadaniu sobie pewnego trudu można w pozornie monolitycznej konstrukcji odnaleźć system wnęk, przesmyków i korytarzy które to wszystko umożliwiają. I tak pomiędzy dwoma graniastosłupami o podstawie równoległobocznej po cichu skrada się Frodo Baggins i Samwise Gamgee. Mają oni stawić czoła geometrycznemu siedlisku zła. Są bardzo, bardzo mali i słabi wobec potężnej budowli, o której prawie nic nie wiedzą i nie potrafią jej nawet ogarnąć wzrokiem. Nagle słyszą cichy, nieokreślony bliżej dźwięk, który sugeruje, że coś jest za nimi i zbliża się. W błyskawicznie podjętej, spontanicznej decyzji odbijają do małego pomieszczenia technicznego, do którego prowadzi otwór wielkości drzwi w prawej ścianie korytarza. Pomieszczenie jest jednak tak samo puste, brązowe i kamienne jak każda inna powierzchnia w tej konstrukcji. Frodo i Samwise w ostatniej chwili znajdują niewielki kanał wentylacyjny, do którego będąc hobbitami z łatwością wślizgują się. Wtedy do pomieszczenia wkracza Wielki Strażnik. Przerażający robot o równie nieregularnej konstrukcji co jego miejsce pracy, cały ze lśniącego metalu. Porusza się w dziwny, trudny do uchwycenia, jakby owadzi sposób. W układzie dziwnych płytek, wsporników i serwomechanizmów tworzących korpus maszyny możemy zobaczyć karcącego z całą surowością ojca, Terminatora, bezlitosnego gwałciciela... Wyrażająca niemożliwe do odczytania dla człowieka emocje „twarz”, także stanowiąca plątaninę lśniących, metalowych części ma parę zielonych, świecących słabym światłem oczu. Nemezis rozgląda się nimi po pustym pomieszczeniu. Jego oczy jednak widzą więcej niż światło odbite od przedmiotów. Podchodzi... podpełza? Podjeżdża? Do wlotu kanału wentylacyjnego. Frodo i Samwise otwierają bezgłośnie usta i oczy, stojąc przed perspektywą zostania porażonym przez śmiercionośny promień energii, którą potrafi wystrzeliwać Wielki Strażnik. Niespodziewanie jednak, cały budynek sam z siebie uznaje, że musi otworzyć zupełnie inny korytarz poprzez przemieszczenie ogromnego graniastosłupa dokładnie o szerokość pomieszczenia. Oznacza to, że w ostatniej chwili przed egzekucją Wielki Strażnik zostaje sprasowany pomiędzy dwoma gigantycznymi blokami z brązowego kamienia.
KRĄG II
    Ta wycieczka szkolna trwa kilka dni. Logiczną konsekwencją tego jest konieczność spędzenia jednej lub więcej nocy w hotelu, znajdującym się w zwiedzanym aktualnie mieście. Wszedłem więc z całą wycieczką, ale raczej wyalienowany, samotny z moją czarną torbą w ręce. Minąłem dziewczynę z czarnymi włosami, ani ładną, ani brzydką, siedzącą na recepcji. Nie podobały mi się jej rysy twarzy, ale miała bardzo ładną, nieskazitelną cerę. Nigdy wcześniej jej nie widziałem.
    Cały hotel był ciemnobrązowy, w kolorze karczmy z XIX wieku. Kojarzyły się z tym także deski w poprzek stropu, a także gruba futryna drzwi, z drewna w takim właśnie kolorze. Wszystko było bardzo stare, zniszczone i zapuszczone. Nie podobało mi się, czułem się jak w jakimś nawiedzonym domu. Jedyną porządną rzeczą było łóżko- nie takie jak w zwykłych hotelach dla plebsu, było duże, szerokie, z litego, ciemnobrązowego drewna. Szkoda, że leżał na nim przygotowany lipny, cienki, różowy koc, pod którym chyba miałem spać. Zmęczony, po prostu walnąłem się na posłane łóżko i zacząłem cieszyć się chwilą spokoju. Chwilą.
    Nagle podniszczone drzwi z litego, ciemnobrązowego drewna otwarły się z hukiem. Do mojego pokoju wpadła dziewczyna z recepcji. Zaraz za nią pojawiła się jakaś blondynka. Nie zwróciłem na nią szczególnej uwagi, nie zdążyłem się przypatrzeć, widziałem tylko blond włosy. Zapamiętałbym więcej, gdyby nie to, że zaraz po nich wpadła pewna dziewczyna o dziwnym imieniu. Znałem ją wcześniej, już od kilku miesięcy, rozmawiałem z nią na kilku imprezach. Nie pamiętam o niej prawie nic, byłem wtedy zawsze pijany lub zajęty czym innym. Jednoznacznie jednak kojarzy mi się z pewnym osobliwym rodzajem brzydoty. Jest niby zgrabna, teoretycznie ma przyjemne rysy twarzy, jednak sprawia wrażenie napuchniętej od wewnątrz. Trudno to wytłumaczyć. Pomimo tego że nie jest gruba, składa się z samych obłości i krągłości, tak obrzydliwie bladych i kontrastujących z małymi, czarnymi oczami osadzonymi jakby przypadkowo w systemie mimo wszystko symetrycznych, łagodnych łuków. I teraz oto stała w nogach mojego łóżka w czarnej obcisłej sukience i czarnych zakolanówkach. To wszystko była kwestia sekund, nie zdążyłem się ruszyć lub zastanowić nad czymkolwiek, kiedy moja daleka znajoma o dziwnym imieniu stanęła bezpośrednio nad moją twarzą, rozkładając szeroko nogi. Uniosła sukienkę i odciągnęła na bok czarne stringi, ukazując mi swoją pochwę. Zamurowało mnie. Niespodziewanie poczułem na sobie kobiece dłonie. Coś zerwało ze mnie ubranie.
    Niewiele pamiętam z orgii. Pojedyncze migawki, miniatury widoków i doznań. Dziewczyna z recepcji, liżąca długie, trochę krzywe palce u dosyć podłużnych stóp z french pedicure na paznokciach, należących do blondynki, która była już rozebrana. Rozkosz i mój członek. Panika związana z tym, że zostałem obezwładniony i wielokrotnie zgwałcony. Upokorzenie. Zadowolenie. Zbrukanie. Zaspokojenie.
    Nie pamiętam też, kiedy sukkuby z rzeczywistości odeszły, a ja padłem wycieńczony. Spałem jednak krótko. Nie wzeszło jeszcze słońce, kiedy obudził mnie mój kolega z klasy, który także był na wycieczce. Zupełnie nie wiedziałem o co chodzi i co się dzieje. W pośpiechu ubrałem się w cokolwiek. Nie miałem specjalnego wyboru, bo gdy sięgnąłem do swojej torby leżącej nieopodal łóżka, była ona prawie pusta, chociaż kiedy wprowadzałem się do hotelu, było w niej pełno ubrań. Byłem jednak zbyt zdezorientowany, by szukać zguby, po prostu gdy tylko coś znalazłem, założyłem to na siebie. Kolega cały czas krzyczał i poganiał mnie. Niespodziewanie z łóżka obok podniósł się mój ojciec i zaczął narzekać, że jest tak wcześnie, a my hałasujemy i budzimy go. Nie wiedziałem wcześniej, że tam był. Jeszcze bardziej zdezorientowany, chwyciłem swoją prawie pustą torbę i wyleciałem z nią na zewnątrz.
    Hotel był na obrzeżach miasta. Okazało się, że cała grupa jest już w centrum. Musieliśmy się tam jakoś dostać. Pomiędzy hotelem a centrum znajdowała się dziwna konstrukcja z metalowych schodów na rusztowaniach, stanowiąca prawdopodobnie rodzaj gigantycznego skrzyżowania wszystkich chodników w mieście. Błądziliśmy przez moment po poplątanej, metalowej strukturze aż w końcu zdecydowaliśmy, że pójdziemy trochę na około, znajdującym się nieopodal mostem.
    Przed mostem, przy chodniku było zasadzone niewielkie drzewko, pozbawione liści. Zatrzymałem się przed nim i wtedy dopiero mnie zastanowiło, po co mam przy sobie swoją torbę na bagaże. Okazało się, że jest z jednej strony cała usmarowana czymś jasnobrązowym. Zajrzałem do środka. Nie było tam nic poza moją jedwabną kurtką w kolorze piaskowym. Była cała przesiąknięta wymiocinami. Najdziwniejsze jest to, że przez pośpiech nie pamiętam, czy ją wyrzuciłem brudną i bezużyteczną pod drzewkiem, czy zostawiłem w torbie.
    Nie pamiętam też nic z dnia zwiedzania. Byłem zbyt zmęczony i osłupiały. Stałem w holu hotelu z moją bardzo lekką, brudną torbą w kolejce do czegośtam, w związku z zaistniałymi trudnościami z czymś, co mnie zupełnie nie obchodziło. Mój wzrok zawędrował w stronę recepcji. Parę metrów za ladą, przy ścianie stała moja daleka znajoma o dziwnym imieniu, w żółtej, obcisłej sukience. Na mój widok uśmiechnęła się i pomachała mi zalotnie. Odwzajemniłem uśmiech. Poczułem się dumny ze swojego bogatego życia seksualnego.
KRĄG II 1/2
    Wszedłem do swojego pokoju w hotelu. Położyłem się na łóżku i miałem już zasypiać, kiedy nagle na łóżku leżącym naprzeciw mojego (wczoraj była tam ściana) zobaczyłem Jarboe, byłą wokalistkę zespołu Swans. Jarboe była wiedźmą, ubrana w taką ilość dziwnych szmat i obwieszona tyloma talizmanami, że nie widać było jakichkolwiek cech jej fizjonomii, chociażby twarzy, ale wiedziałem, że to ona.
    Jarboe sięgnęła do wazonu, stojącego na jej stoliku nocnym. Znajdowało się tam kilka wysuszonych, rozpadających się elementów roślinnych. Wyciągnęła z niego garść suchych patyków i rzuciła mi je. Nie rozleciały się one w locie, gładko trafiły do mojej dłoni. Nie wiedziałem co z nimi zrobić, to w końcu były zwyczajne patyki. Po prostu odłożyłem je gdzieś na bok. Jarboe wtedy odezwała się posępnym, donośnym głosem:
-Nie odrzucaj niczego, co jest od natury! Nawet to co już umarło i gnije, do niej należy! Nie usuwaj z cywilizacji obumarłych części przyrody! Niech będą wszędzie i przypominają wszystkim o sobie, bo wszędzie należy im się miejsce!
Wtedy rzuciła mi kolejny fragment kompozycji z wazonu. Była to gałązka dębu, z brązowymi już, kruchymi liśćmi. Wiedziałem, co należy z nią zrobić. Siedząc na łóżku, wyciągnąłem rękę trochę nad moją głowę. Okazało się, że tam ściana się kończy, i mogę położyć ręce i zerknąć na asfaltową drogę, znajdującą się zaraz nad moim łóżkiem. Oczywiście, nie było jej tam wcześniej. Położyłem gałązkę na drodze. Obok przejeżdżał akurat czarny lub granatowy Nissan. Na liściach pojawiły się świecące na fioletowo plamy, które zaczęły być coraz większe. Było to bardzo ładne.