Największy wodospad na świecie
Dużo wody spadającej
Z kaskadą na górze
A potem już prosto w dół
Większy niż rekordy
I ta taka mgiełka co się robi
Od wody spadającej w wodę
Różowa od słońca
Zachodzącego ale optymistycznie
Że zachód ale na różowo
Międzynarodowy kolor optymizmu
To wszystko mam na czubku
Głowy
Ale nie na czaszce
Bo czaszkę otacza szczelnie takie coś
Co jest nowym mózgiem
To cienka warstwa
Ale nie przepuszcza
Bo jest twarde
Wcale nie jak durszlak
Mózg jest giętki
I ma zakręty
A nowy jest z pikseli
Bo robiłem fotomontaż
No i wyszło tak trochę
Że jest kiepska jakość
I tylko kąty proste
Które można policzyć
Bo je widać
Więc to polega na zupełnie innych rzeczach
Niż mózg
Niż kiedyś
No tylko że w tych pikselach jest dziura
Akurat na czubku
Głowy
Miejsce to nazywa się wodospad
Chociaż nie powinno wcale
Bo niby tak wygląda
Ale jest bez wody
I nigdy jej tam nie było
Zamiast wody
Spada śmianie się
Kaskadą
Z mgiełką
Różową
Największy na głowie
Tylko kłopot jest z konsystencją
Bo nie jest orzeźwiający
Śmianie jest zatrute jakoś
Zbyt gęste
Jakieś takie obślizgłe
Źródła tak głęboko
Że jest też zimne
No i taki flup
Na te piksele
Po nich spływa zaraz
A potem na chodnik
Lub dywan
Lub posadzkę
Nawet podgrzewaną
Spada daremnie
Jest tylko taki dźwięk
Jak przy waleniu na stojąco w pokoju
No i wtedy już tylko
Można butem
Rozsmarować
11 marca 2013
25 lutego 2013
23 lutego 2013
Takie rzeczy
Ty
No wyobraź sobie
W nocy
Zamiast spać się budzę
I patrzę a obok łóżka
Zamiast dywanu kafelki
Ciemne ciepłe i domowe
A nie jak w szpitalu
Albo kiblu
Ale nie było ich wcześniej
A wtedy były
I miały kształty
Zamiast plamy nasienia straconego
Dla pomruku mojej rozkoszy
Leży goła baba
Która ma na imię Wenus
Ogrzewa kafelki plecami
Aż jej kręgosłup słychać
Jak po nim jeździ
W rytmie frykcyjnym
Kolejowym
Zamiast kochanka leży na niej glizda
Wielka i miękka
I śliska
I ma przyssawki
Zamiast chujem przyssawką
Wielką doprowadza Wenus do spazmów
I sama ma spazmy ta glizda
Widzę jak się nadyma z różnych
stron
Zamiast rękami inną przyssawką
Pieści piersi piękne
Że aż lecą śluzy
I dźwięki mlaskania
A zamiast pocałunków nerwowych
Wysysa jej wszystko z twarzy
Łzy, smarki, śliny
Odżywiają glizdę
Cała potrzeba piramidy
Wchłaniana przyssawkami
Łącznie z truciznami
Potrzebnymi oblubienicy
W łzach było zbyt dużo soli
Glizda się aż odessała
Jakby zabrakło jej powietrza
Przy nastoletnim pocałunku
I zwinęła się spiralę
Zatruta do kształtu
By tak już mi zostać
W moim pokoju koło łóżka
I zamiast sobie pójść
Dalej tam leży
Zamiast coś nie wiem, zrobić
Bo myślałem że wstanie
Ta Wenus
No nie ruszyła się
Cała wysuszona
Z kręgami wielkimi po przyssawkach
Wciąż wilgotna
Jęczała
Że jeszcze
Nie powinienem był tego widzieć
Bo nie ma takich rzeczy
I są zbyt brzydkie
A przede wszystkim
Miało być ciemno
Ale przez okno
Zamiast ciemna wpadał aerozol
Jasny
Że to wszystko było widać
Bo tak to bym nie wiedział nawet
Że u mnie takie rzeczy
08 lutego 2013
Sylvia Likens
Jestem zakochany w Sylvii Likens
(oczywiście bez wzajemności
ale to nieistotne)
Bo jest ładna
Cierpiała bez sensu
Wie jak smakuje gówno
I z której strony papieros jest lepszy
Mi opowie
Ile kij ma końców
Inskrypcja na jej brzuchu
Pustym jak toaleta
Będzie dobrą lekturą
Z wartościami
Chcę całować rany na jej stopach
A jest ich sporo
I są otwarte
Jak jej łono
Gdzie ma wszystko miękkie
I puchne
Od wielokrotnych kopnięć
Dla niej nie muszę być modelem
Od szesnastego roku życia
Ani mieć wiele pomysłów
Skoro ją bito prętem po twarzy
I kopano jak zwierzę
To inny musi być jej ideał
Lepiej, że mało pomysłów
Bo to by mogło się źle skończyć
I zaletą jest też to
Że nie odmówię jej penisa
Ani w ogóle niczego
A tak nie miała zawsze
Skoro ją siostra musiała po twarzy
To ja chcę ustami po śladach
Lin, pięści i przedmiotów
I językiem między wargi
Które sama sobie pogryzła
I rękami po całym ciele
Drżącym od konwulsji
O które będę pytał
„Czy wciąż się trzęsiesz?
Jesteś skąpana w srebrze czy
zatopiona w złocie?”
I konwulsji nie będzie
Gdy podzieli się swoim ogniem
Z potencjalnym oprawcą
I pomoże ten potencjał
Rozkosznie zmarnować
05 lutego 2013
Pieśń o Pająku
Płynie mocz, płynie mocz
Płynie mocz, kałuża lśni
Intensywna i sterylna
Przyczajony pająk
W niej tonie
I go boli ta uryna
Bo z powierzchni
Wystaje osiem tylko oczu
Już tylko oczy
Więc tylko ogląda całe miejsce
Asfalt, cegły, najki
I fiuta, genezę strugi
Spomiędzy dżinsów
Nic więcej tu nie ma
Nie widzi kątów
Żeby stworzyć sieć daremną
W tej bramie nie ma kątów prostych
Bo ciemno to okrąg
A nóżki zlepione szczynami
Ostatecznie jak okno
Nigdzie nie pójdą
Pająk nie skorzysta z biura podróży
Ani nie spotka swojej pająki
Mocz płynie i płynie
Kałuża lśni i głębieje
Pająk by jeszcze
Popatrzał
Ale wtedy
Niestety
Strzepnięcie
I się udusił
Subskrybuj:
Posty (Atom)